Dobrnęliśmy do piątku! Chociaż nie mogę o sobie powiedzieć, że to były pracowite dni, po których padam na twarz. Jak to już na mojej uczelni bywa, niektóre zajęcia wypadły. Chociażby dzisiaj. Odwołano wykład, ale dowiedziałam się o tym będąc już na miejscu i przypadkiem sprawdzając tablicę z planem, na której wisiała karteczka z informacją. Na stronie internetowej uczelni również widnieje taka wiadomość, ale chyba pojawiła się dopiero dzisiaj rano, a ja już nie miałam czasu przed wyjściem z domu aby sprawdzić. Cóż, czasami zaglądnę na stronę tuż przed zajęciami, ale chyba będę musiała czynić to znacznie częściej. Efekt tego wszystkiego był taki, że na darmo wstałam i jeszcze w pośpiechu suszyłam włosy. A, poprawka. Na twarz padam, bo przez tą parszywą pogodę spać mi się chce... I plus był taki, że spotkałam się z koleżankami.
U Was też tak deszczowo i wietrznie? Koło mojego domu zazwyczaj szczególnie mocno wieje (nie ma to, jak mieszkać na górce) i dobrze, że byłam po śniadaniu. Takiej jesieni nie lubię.
Przechodząc do głównego tematu wpisu. Nie ma nic lepszego na poprawę nastroju niż... czekolada! Lubicie? Myślę, że większość tak :-)) Już kiedyś widziałam na blogach tą czekoladę od naszych południowych sąsiadów i czytałam pochlebne opinie. W końcu nadarzyła się okazja aby samej spróbować, podobno jednej z lepszych. Tak... już wiem dlaczego jest tak lubiana. Czekolada Studencka jest na prawdę pyszna! pełna słodyczy i bakalii. W sam raz dla studentki. Tabliczka mlecznej z orzeszkami ziemnymi, rodzynkami i galaretką już została zjedzona, a na spróbowanie czeka o wiele większa gorzka z wiśniami i orzeszkami. Szkoda, że mama kupiła tylko dwie tabliczki. A Wy? znacie, jedliście?
Oprócz czekolad dostaliśmy jeszcze duże opłatki z nadzieniem o smaku orzechowym. Ciekawe, coś innego od tego, co zazwyczaj widuję w naszych sklepach. Dobre :-)
Miłego weekendu!