Wczoraj Bianka przeszła niemiły, aczkolwiek konieczny zabieg - sterylizacja (kastracja). Tak mi jej szkoda jak chodzi powoli, jest przybita. Dzisiaj już o wiele lepiej wygląda, ale wczoraj po powrocie do domu łapki jej się plątały, przewracała się, wymiotowała, a później siedziała skulona ze spuszczoną główką. Rodzice mówią, że straciłam "największe atrakcje", bo w czasie kiedy mama ją odbierała, ja byłam w kinie. Wiem, wiem, co ze mnie za pańcia, ale umówiłam się z przyjaciółką i kompletnie zapomniałam, że to ten sam dzień co wizyta u weterynarza. Ja zdążyłam tylko zanieść i poprosiłam mamę o odebranie. A dziś byłyśmy ponownie na zastrzyku, trzeba było podać antybiotyk i za tydzień idziemy zdjąć szwy. Niestety, jakoś musi to przetrwać, to dla jej dobra. Poza tym jest bardzo dzielna :-)